Surówka jedwabna

Materiał został kupiony na grunwaldzkim kramie Łobosa, opisany jako jedwab z lnem. Kupiłam go z myślą o uszyciu sukienki spodniej, giezła, koszulki. Jakiś czas temu udało się skończyć (całkowicie ręczne) szycie, a wczoraj udało się sfotografować efekt ostateczny :)


Tkanina była początkowo dużo ciemniejsza i miała nieprzyjemny intensywny zapach. Wyprałam ją więc w 90 stopniach. Udało się spłycić zapach, teraz jest bardzo delikatny, przypomina mi zapach roślin rosnących na moczarach. Ukazał się naturalny kolor, z daleka przypomina kolor lnu, może nieco jaśniejszy. Oczywiście kupon zbiegł się w praniu, kupiłam 2m x 1,5m (bałam się ryzykować kupowania większej ilości tkaniny, gdyż nie wyglądała zachęcająco :), po praniu było odpowiednio 12 i 8 cm mniej. 

Tekstura materiału jest przyjemna wizualnie, jednak sam materiał jest nieco gruby i szorstki, jak na noszenie na gołe ciało, kwestia przyzwyczajenia. Przez połączenie dwóch grubości przędzy, innej w pionie i innej w poziomie, z daleka wydaje się ona tworzyć ukośne wzory w fakturze. Ponadto tkanina dosyć mocno się "mechaci", przez co wokół niej jest zawsze trochę śmieci.



Pozostało skroić sukienkę, uparłam się żeby wyciąć z tego kawałka także chustę, przez co sukienka wyszła dosyć krótka, ale przy małej długości obwodu na dole, przynajmniej nie krępuje ruchów. Szukanie najlepszej opcji wycięcia poszczególnych kawałków trochę zajęło...




Szycie zaczęłam od wykończenia brzegów wszystkich potrzebnych skrawków. Zrobiłam to bo surówki o splocie płóciennym są luźno tkane i krawędzie szybko się strzępią, a materiału miałam już mało :) Poszczególne fragmenty zszyłam łańcuszkiem, następnie rozpłaszczyłam szew i zaszyłam ściegiem prostym, pojedynczo, symetrycznie obie krawędzie, zawijając je podwójnie. Dekolt i rękawy, oraz dolną krawędź, zawinęłam podwójnie i zaszyłam łańcuszkiem, myślę, że wytrzyma długo :) Użyłam dwóch kolorów lnianych nici, białej i brązowej, szwy są widoczne, ale w końcu to sukienka pod spód :) ... no chyba że jest bardzo gorąco... jak wczoraj...


2 komentarze:

  1. No ładnie ładnie. Ile ja bym teraz dała, za taki gorący dzień nad rzeką... tutaj wieczny marzec.

    OdpowiedzUsuń
  2. a ile bym ja dała, żeby mieć z kim na rowery popędzić :P

    OdpowiedzUsuń